Z walentynkami jest trochę jak z Sylwestrem. Zaczynasz od zastanawiania jak je spędzisz (lub lamentu, że znowu nie masz z kim ich spędzić), z góry żegnasz miliony monet, osiem wieczności spędzasz na planowaniu, a koniec końców co z tego masz?

Po sylwestrze masz kaca, odciski od cekinów, które wbijały Ci się w tyłek całą noc i poczucie, że brałaś udział w jakiejś zbiorowej halucynacji, w której wszyscy mają potrzebę zebrać się w jednym miejscu w jednym czasie i gapić w rozbłyskające, kolorowe fajerwerki jakby to był miał być najlepszy trip na LSD. Po walentynkach pozostaje ci kac, odciski od za ciasnego gorsetu i poczucie, że właśnie zaliczyłaś najgorsze bzykanie w roku. A nie mówimy tu o planowaniu dziecka, kalendarzyku dni płodnych i mierzeniu termometrem warunków nie powiem gdzie, tylko o święcie miłości, w którym Durex zalicza roczny rekord sprzedaży. Czemu to się tak musi kończyć?

Sama idea jest przecież jak najbardziej słuszna. Wyznaczmy sobie święto miłości, jedzmy sobie z dziubków i poświęćmy całą uwagę komuś kogo kochamy. Jak się nad tym jednak chwilę zastanowić, odpowiedź dlaczego to się nie może udać nasuwa się sama – zarówno sylwester jak i walentynki to niestety cholernie wymuszone wydarzenia, które nie pozostawiają miejsca nawet na odrobinę spontaniczności. Z góry sobie ustalamy, kiedy i jak będziemy uprawiać seks, w dodatku z tlącą się zamiast namiętności myślą z tyłu głowy, że musi być zajebiście. A każdej z nas marzy się przecież żeby facet wbił do kawiarni, w której akurat siedzimy z koleżankami na ploteczkach, zaczekał na nas na zapleczu i pokazał nam każdą z 50ciu twarzy Grey’a przyciskając nas do ściany. I kręci nas to, BO TO SPONTANICZNE. Walentynkowa presja i spakowana w kokardkę aura z kolei psuje nastrój zanim cokolwiek się jeszcze zacznie.

Miłość laski, czy do siebie czy do innych, lepiej okazywać codziennie i w niewymuszony sposób. Kochajmy się i nie dajmy sobie zrobić różowej waty cukrowej z mózgu.

Sytuacji nie ratuje też fakt, że zewsząd atakuje nas tego dnia tandeta: serduszka, kotki, misie, słodkie buziaczki, kokardki i inne pierdoły, od których chce się rzygać tęczą. W dodatku całe to gówno płynie dwoma niezależnymi nurtami. Jeden to wyraźnie infantylny tęczowy potoczek pełen jednorożców i waty cukrowej, a drugi to perwersyjna stróżka nylonu i lateksu wypełniona po brzegi ćwiekami, kolcami i przyrządami, o których nawet nie wiesz gdzie je wetknąć. Pomieszanie tematyczne w tym obszarze sprawia, że nie do końca wiadomo czy tego dnia mamy być słodkimi misiaczkami i jeść sobie z dziubków czy może wraz z planowaniem randki trzeba sobie zarezerwować kolejkę na ostrym dyżurze.

Nie bez powodu mówię tu o rezerwowaniu miejsc. Romantyczna pula tego co można robić 14. lutego jest na tyle ograniczona, że trudno być oryginalnym. Kina i teatry będą tak przepełnione, że jedwabne majtki przygotowane na dalszą część wieczoru z całą pewności zapocimy stojąc godzinami w kolejkach. Nie pomogą pomysły takie jak romantyczna ucieczka do SPA, gdzie czekoladą będziecie smarowani jako dziesiętna para jak na taśmie produkcyjnej, romantyczne zwiedzanie wystaw za rękę, na której sztukę zasłonią Wam inne migdalące się pary, romantyczna kolacja w wypełnionej po brzegi restauracji, w której nie będzie się dało nawet porozmawiać czy strzelnica, na której trzymające pierwszy raz w dłoniach broń słodkie idiotki, z całą pewnością odstrzelą Ci głowę krzycząc „Ojejku!”.

Walentynki, to z pewnością jeden z tych dni, w których nie należałoby wychodzić z domu. Ale w całym tym szaleństwie i nawet jak się nie ma partnera, mają też pozytywne strony. Zawsze miło dostać kwiatek, nawet jeśli daje Ci go tata, usłyszeć, że ktoś Cię skrycie lub nieskrycie kocha (nawet jeśli to tylko Wasza młodsza siostra) albo spędzić godzinkę w warsztacie z miłymi mechanikami, którzy wymienią Ci szybę w samochodzie, na której ktoś wyrył serduszko (bo wczuł się w klimat). Poza tym tego dnia ludzie czują się w obowiązku, aby być miłymi przez co jest spora szansa na uniknięcie mandatu czy szybsze załatwienie spraw w urzędzie (o ile przyniesiesz pani Krystynie/Jolancie/Wiesławie/niepotrzebne skreślić kawałek miłości w postaci sernika). Szereg praktycznych korzyści. Do tego zniżki na słodycze, którymi możemy się zapychać z rozpaczy, w sklepach bieliźniarskich walentynkowe promocje, u fryzjera prosecco, a na ostry dyżur po eksperymentach w sypialni, można się będzie po taniości przejechać uberem. Do tego wino, dużo wina laski i owoce morza, które są wręcz wymagane tego wieczora występują BEZ LIMITÓW. Miłość do siebie jest w końcu najważniejsza więc trudno odmówić.

Tak więc laski, jeśli do Walentynek podchodzić bez spiny, na luzie i w aurze dobrodziejstw płynących z tego, że wszyscy świętują dzień miłości to można je nawet znieść bez próby podcinania sobie żył nad zdjęciem Ryana Goslinga (rzyganie tęczą w przerwach bardziej niż dozwolone).

DSC04497