Zanim spotkamy się z rodziną przy jednym stole z nadzieją, że pchnięcia tępym nożem do masła nie będą dla nikogo śmiertelne, musimy przebrnąć najbardziej problematyczny etap – prezenty.

Prezenty to typowo kobiecy obowiązek, facetów w tym akcie ostatniej szansy raczej nie uświadczysz, chyba, że któraś laska każe mu w tym gównie tkwić po uszy zespołowo, bo w końcu z jakiej racji ona ma kupować prezent jego matce. Taki facet będzie i tak grzecznie stał gdzieś z boku, bo laska, która go zaciągnęła na zakupy wie doskonale, że on za chuj i tak nic nie wymyśli, a jego pomoc polega jedynie na noszeniu toreb z rzeczami, które ona wybierze. Jak w takim razie faceci kupują prezenty swoim laskom? Robią to za nich laski. Zwróćcie uwagę na niepozornie wyglądających facetów proszących o radę sprzedawczynie i nie dajcie się zwieść. Oni wcale nie są zagubieni, oni po prostu chcą to mieć z głowy, a wiedzą, że jak poproszą o pomoc laskę, to ta ich w tym wyręczy. Nie wiem czy to kwestia przypisywania laskom większych niż facetom zdolności rozumienia i komunikacji, których prezent jest efektem czy po prostu tego, że dajemy się robić w chuja. Tak czy siak, prezenty, jak co roku, spadną na nas.

Teoretycznie zdajemy sobie z tego sprawę więc powinnyśmy być na to przygotowane. Co roku mówimy sobie, że pomysły na prezenty wymyślimy w wolnej chwili, kolejki w sklepach ominiemy, bo zamówimy wszystko przez internet, a prezenty zapakujemy dając upust naszej kreatywności. Jak się ma teoria do praktyki? Nijak kurwa – i co ciekawe, rok do roku to odkrycie jest też równie zaskakujące.

Pomysłów nie mamy do ostatniego dnia, bo każdą „wolną chwilę” spędzamy na oglądaniu jakichś gówien w internecie, plotkach z koleżankami, chlaniu wina, leczeniu kaca po chlaniu wina, czytaniu książek, najlepiej trzech naraz, czytaniu gazet, przeglądaniu fejsa w poszukiwaniu męskiej twarzy, której jeszcze nie znamy, a chciałybyśmy poznać, wysyłaniu snapów z tego jak malujemy paznokcie albo po prostu leżeniu dupą do góry (bo przecież kiedyś musimy też w końcu odpocząć – idą święta, to się jeszcze zdążymy zmęczyć). Prezenty, w związku z powyższym, kupujemy jak zwykle w ostatni przedświąteczny weekend (na wysyłkę ze sklepów internetowych jest już bowiem co najmniej o dwa tygodnie za późno, a kurierów jak się okazuje jest skończona liczba i niekoniecznie chcą dostarczać paczki nocą).

Tym samym, wkurwione, wbijamy do centrum handlowego i przepychamy się przez tłum równie wkurwionych lasek objuczonych siatami, które też szukają prezentów na ostatnią chwilę. Ponieważ nie mamy pomysłu kompletnie na nic, a wszystko co widzimy na wystawach jest czerwone, w śnieżynki albo pokrywa to sztuczny śnieg, szybko zdajemy sobie sprawę, że nie będzie łatwo. Mijają kolejne godziny w epicentrum świątecznego szaleństwa, a pomysłów jak nie było tak nie ma. Kolejka w aptece jest zbyt długa, aby kupić validol, a nogi zaczynają nam wchodzić w tyłek. Koniec końców, nie znajdujemy nic sensownego, kupujemy książkę autora, o którym słyszymy pierwszy raz w życiu, bo ktoś napisał na niej „bestseller”, album, bo te podobno fajnie się zbiera albo płytę NSYNC, bo w akcie desperacji myli nam się nieco znaczenie pojęcia retro. Wychodzimy spocone, zmęczone i z wciąż dźwięczącym w uszach „Last Christmas”.

Czy któraś z nas po takiej traumie będzie jeszcze myślała o ładnym zapakowaniu prezentów? Nie sądzę. Jak zwykle chuj strzeli kompozycje z szyszek, górskich pocztówek i szarego papieru. W tym stanie nawet kupiona na wyjściu torebka z kotkiem wyda nam się równie atrakcyjna jak wszystkie inspiracje z Pinteresta, które miałyśmy wcielić w życie.

Brzmi znajomo? Nawet jakbyście chciały w tym roku zmienić ten schemat, to z przykrością informuję, że jest już za późno… Pozostaje mi laski życzyć Wam powodzenia w przedświątecznym szale kupowania prezentów.

Laska

IMG_7719

Fot.: Wojtek Friedmann