Święta, święta i po świętach… kończymy prezentowe szaleństwo zakupowe i co? I wracamy do sklepów, bo zaczynają się wyprzedaże. Trudno nie dojść do wniosku, że ich głównym celem jest udowodnienie nam, że to za co zwykle płacimy góry pieniędzy, może być z powodzeniem sprzedawane za pół ceny, a na koncie szefa inditexu nadal będą zgadzały się wszystkie zera. Wkurwia nas to czy nie, czerwone procenciki mieniące się w witrynach działają na nas jak magiczne wahadełko, dzięki któremu, w stanie hipnozy, przekraczamy próg Zary, Massimo czy innego H&M z jednym, nadrzędnym celem w głowie – kupię sobie opór rzeczy, które akurat są mi potrzebne dużo taniej niż zwykle.

Po wejściu do sklepu okazuje się, że zanim Ty uległaś hipnozie, zdążył już tam wkroczyć tabun lasek o podobnych do Ciebie zamiarach. Zanim dopchasz się do stołu wystawowego, musisz się więc dobrze postarać i przebrnąć przez przez inne laski, których wzrok zabija, a zakończenia łokci zostawiają trwały ślad na ciele.

Dzicz laski. Istna dzicz. I my, dzikuski pośród tego, wyrywające sobie rzeczy.

Do tego labirynt porozrzucanych butów, walających się wszędzie metek, wieszaków i snujących się bezwiednie facetów porzuconych przez swoje laski w zakupowym szale. Spocona, ale szczęśliwa, docierasz w końcu do stołu rozpusty, na którym piętrzy się kula zmiędlonych ubrań i zaczynasz przerzucać hałdy dżinsów za 99,99 w poszukiwaniu swojego rozmiaru. Jest! 36 co prawda, ale może się zmieścisz jak wciągniesz brzuch i nieważne, że to jednak kolejne czarne dżinsy, a nie niebieskie, po które przyszłaś, w końcu 99,99! Bierzesz jeszcze kilka innych par (żadna niebieska i żadna w Twoim rozmiarze) i ruszasz w stronę przymierzalni, co by odhaczyć punkt pierwszy (niebieskie jeansy) na zakupowej liście.

Po drodze do przymierzalni zgarniasz jeszcze z wieszaków kilka rzeczy, których nie mogłaś sobie odmówić, złotą bluzkę (normalnie byś nie kupiła), skórzaną spódnicę (jak nie teraz to kiedy) i bluzkę, która wygląda bardziej jak stanik (bo jest ci już tak gorąco, że tylko to masz ochotę na siebie włożyć). Dobrze, że chodzisz na siłkę myślisz sobie uginając się pod niesioną górą materiałów. Docierasz do przymierzalni i okazuje się, że pośpiech był nieco nie na miejscu. Jedyne 20 lasek przez Tobą. Chuj, tyle już się wycierpiałaś, to przecież teraz nie zrezygnujesz nie? Więc stoisz grzecznie i czekasz, zastanawiając się co to jest to ładne niebieskie, po które już nie możesz pójść, bo stoisz w kolejce, a za Tobą już inne laski. I stoisz tak i się zastanawiasz czy zdążysz po to skoczyć czy nie zdążysz, aż w końcu miła pani przerwie Twoją mękę mówiąc Ci, że już Twoja kolej.

W przymierzalni temperatura jak w piekarniku, ale przynajmniej możesz wreszcie rozebrać się do majtek (nieważne, że kotara jak zwykle nie zasuwa się do końca, a za nią jakiś facet upewnia swoją laskę, że wcale nie wygląda grubo). Wciskasz na siebie pierwszą parę naciągając ją w pocie czoła na uda prawie z takim trudem jak wyszczuplające rajstopy. Po 30 minutach gimnastyki, kilkudziesięciu głębszych wdechach udaje Ci się wreszcie dopiąć guzik i oddychasz z ulgą, że szczęśliwie mieścisz się w 36. Święcie przekonana, że skoro raz się udało, uda się i następny, spodnie zrzucasz na kupę pt. „to biorę”. Kolejnych spodni już nie mierzysz, wszak zmieściłaś się już w ten rozmiar i nie ma potrzeby dublować zmęczenia. Kupka „to biorę” rośnie. Potem dołącza jeszcze złota bluzka, od której nigdy nie odepniesz metki, bluzka-stanik, którą założysz ostatecznie tylko na jogę (bo jednak jest dość zdzirowata) i skórzaną spódnicę chociaż okazało się, że wcale nie jest ze skóry.

Wychodzisz z przymierzalni i zdajesz sobie sprawę, że nie znalazłaś jeszcze żadnego z pozostałych punktów z listy (sweter, szalik i klasyczna koszula), ale na myśl o powrocie do piekarnika wmawiasz sobie, że właściwie nie są Ci aż tak potrzebne. Udajesz się do kasy. Tej samej, do której udało się 20 innych lasek, które stały przed Tobą w kolejce do przymierzalni (i jedna ruda zdzira, która stała co prawda za Tobą, ale Cię wyprzedziła, kiedy na trasie łapałaś jeszcze to niebieskie coś, co wzięłaś z myślą, że najwyżej zwrócisz). Po kolejnych 30stu minutach, dumnie przeciągasz kartę, pakujesz manaty i wychodzisz ze sklepu. Spocona, ale szczęśliwa, nie do końca wiesz czy nagły skok serotoniny to radość z tego, że kupiłaś fajne ciuchy czy może jednak z tego, że udało Ci się przeżyć. Tak czy siak, dumnie machasz torebką z niebieskim czymś, co dopiero w domu okaże się być za małe.

Laska

o-TYLER-SHIELDS-570

Zdjęcia: Tyler Shields