Presja posiadania drugiej połowy jest tak duża, że czasem aż głupio jest być singlem. Świat propaguje życie rodzinne i dyskryminuje pojedynczość gospodarstw domowych. Ja rozumiem, że ktoś musi płacić za moje podcieranie tyłka na starość i że się powinniśmy w tym celu mnożyć, ale czy naprawdę, jeśli nie znalazłam tego, z którym chcę spędzić życie lub jego nawet mały kawałek, mam się zmusić na rzecz wyższego dobra i 5ciuset złotych na dziecko? Czy naprawdę, na dobicie, na ekrany kinowe, co piątek musi wejść jakaś komedia romantyczna, po której mam ochotę zrzygać się pod kołdrę hektolitrami wina, które wypiłam oglądając je i szlochając jednocześnie (co spowodowało alkoholową hiperwentylację)? Czy to singielek wina, że książę na białym koniu widać zgubił drogę albo, że od księcia wolą konia? Nie sadzę. A życie nas nie oszczędza.

Dosłownie, bo życie w pojedynkę jest cholernie drogie. Wynajem mieszkania za średnią, czy nawet wyższą od średniej pensję w pojedynkę, skazuje Cię na budzenie się z widokiem na pola kukurydzy gdzieś za Białołęką. Do tego zakupy, oczywiście w pojedynkę i tak leci: najpierw na wstępie grube wydatki typu odkurzacz, żelazko, suszarka na pranie i mop do podłogi, którym będziesz wycierać rzygi po piątkowej imprezie. I już wtedy rodzi Ci się w głowie pytanie – piątkowa impreza? A czy po tym wszystkim wystarczy jeszcze na alkohol? I wtedy rezygnujesz z mopa, zakładając, że z odkurzacza nie możesz, bo jesteś uczulona na kurz, a rzygi można równie dobrze wytrzeć papierowym ręcznikiem.

Nic z tego, co kupujemy, nie jest też przewidziane na żywot jednej osoby z jednym zestawem członków i żołądkiem. Kupujesz jedzenie, którego połowę wyrzucisz, bo nikt nie sprzedaje małego sosu, małego majonezu, małej paczki sera, która nie zdąży się zepsuć zanim jeden żołądek na gospodarstwo domowe zdąży to przetrawić. Do kina chodzi się parami (na wyżej wspomniane komedie romantyczne), na imprezy sylwestrowe kupuje się podwójne zaproszenia, a jak chcesz wyjechać odpocząć, nie unikniesz dopłaty do „jedynek” w hotelach.

Wszystko co robimy, musimy robić same i dotyczy to także nieprzyjemnych obowiązków – zakupy tachasz na piąte piętro bez windy sama, słoik rozbijasz, bo nie masz siły go odkręcić, zmywasz, pierzesz i sprzątasz, bo wiesz, że nikt tego za Ciebie nie zrobi, a kiedy myślisz o mężczyznach w swoim domu, niekoniecznie miałaś na myśli karaluchy. Do tego te obleśne czynności, jak czyszczenie kibla, wynoszenie śmieci, odtykanie spływu w prysznicu (byłemu wmówiłam, że się porzygam jeśli każe mi to zrobić – pewnie byłby nieźle wkurwiony, że jednak się nie porzygałam). Obowiązki, obowiązki, obowiązki. I nie tam, że raz ktoś, a raz Ty. Że w sumie to robisz daną czynność tylko przez połowę miesiąca. Jesteś zdana na siebie, więc robisz to NON STOP, a jak raz nie zrobisz, to potem musisz się narobić podwójnie.

Życie w pojedynkę jest wyczerpujące, frustruje i czyści konto zanim jeszcze nadejdzie koniec miesiąca, a na to wszystko ten wielki hejt podszyty współczuciem. Przyjdziesz na imprezę sama – no tak, laska znowu przyszła sama, taka fajna laska, a ciągle sama. I niezrozumienie. Nikt nie pojmie przecież, że baby shower to dla Ciebie największy koszmar, a rozmowy o tym jak pokonać kolkę, czym okładać obrzęk cycków i co najlepiej koi odparzenia na tyłku niemowlaka, zmuszają Cię do milczenia przez kilka godzin. Ta to kurde zamknięta w sobie, my tu gadu gadu o dzieciach, taki przyjemny temat, a ta milczy, jak zaklęta. Nic dziwnego, że sobie chłopaka nie może znaleźć, dzika jakaś czy co.

Za co to wszystko, ja się kurwa pytam.

Nie wiem laski. Ale wiem, że tylko singielka zrozumie, ile mamy też z życia w pojedynkę przyjemności. Nikomu z niczego nie musimy się tłumaczyć. Jak mi się zachce jechać do Sopotu, zachlać i podziwiać martwe mewy na plaży, które dzielą mój zgon, to sobie pojadę, choćbym i do końca miesiąca miała żreć piach, bo wydam na wyjazd całą swoją pojedynczą pensję stawiając wszystkim na barze szampana. Samotność to niezależność i trzeba nauczyć się z niej korzystać. Bawić się w malowanie obrazów, jeść w łóżku i czuć jak okruchy wbijają Ci się w tyłek, kupić sobie torebkę, o której marzysz, chociaż powinnaś oszczędzać, spotkać się z przyjaciółkami, bo nikomu nie obiecałaś, że będziesz w domu po pracy, zapisać się na niczego nie wnoszący kurs robienia zdjęć, czy wyjechać, kiedy masz na to ochotę, a nie kiedy wspólnie wzięliście urlop. Dlatego swoje rzygi zamierzam wycierać z podłogi z uśmiechem, papierowymi ręcznikami. Wolność, laski, jest zajebista. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy gorszego sortu. Jak będziemy szczęśliwe same ze sobą, być może za chwilę pojawi się ktoś, kto będzie chciał budować to szczęście z nami, a i my nie będziemy miały nic przeciwko (kto wie, może miesiąc później to on będzie odtykał spływ w prysznicu).

By Laska